Przed wyjazdem
Na pewno znacie to uczucie, kiedy w poranek rozpoczynający wyczekiwaną od długich miesięcy, wakacyjną motopodróż, budzicie się przepełnieni energią i ekscytacją, a po chwili okazuje się, że świat za oknem tonie w strugach deszczu… Tego dnia, kiedy wyruszaliśmy, aż tak strasznie nie było – ulice właśnie schły po nocnej ulewie, powoli kurczyły się kałuże, słupek rtęci jednak ani drgnął i uparcie wskazywał tylko 11 stopni. Po kilku tygodniach iście letnich temperatur była to spora zmiana. Wydawało się w sumie, że da się przeżyć. Pogodowe piekło było jednak jeszcze przed nami…
A więc chociaż noc przespana, to na kilka godzin przed wyjazdem włączyła się klasyczna reisefieber. Dziwna mieszanka lęku i podniecenia, ostatnie rozrachunki i relokacje bagażu. Wszystko pospinane, zaciśnięte, zamki udało się pozapinać. Teraz tylko zamocować na motocyklach kufry i torby i zaczyna się nasza przygoda.
Jednak zanim to, przeszliśmy przez standardowe przygotowania. Przede wszystkim zbieranie informacji o trasie, poszczególnych krajach i przygotowywanie akcesoriów oraz różnego typu ekwipunku. Kilka rzeczy wydaje się szczególnie godnych polecenia, gdy mowa o dalekiej podróży motocyklowej w ciepłych rejonach. Świetnie spisała się bielizna termoaktywna, która oszczędziła nam niedogodności związanych z podróżowaniem w mokrych od potu ciuchach. Jednak jak się wkrótce okazało, nawet pod koniec maja warto mieć też ze sobą bardzo ciepłe swetry oraz zimowe rękawice. Istotna była też stosunkowo niewielka ilość gotówki w kieszeni (ok. 100 Euro) i założenie, że gdziekolwiek to możliwe, będziemy płacili kartą oraz korzystali w późniejszej fazie wycieczki z bankomatów. Nie okazało się to ani trudne, ani po ostatecznym podliczeniu – drogie.
Tak więc w poniedziałek, wczesnym popołudniem, rozpoczęliśmy właściwą podróż, tuż po niosącym długotrwałe ochłodzenie i opady załamaniu pogody. W ciągu najbliższych trzech dni uczestnictwo w tym zjawisku niestety nas nie ominęło. Jechaliśmy przez Polskę w temperaturze trochę poniżej 10 stopni i w strugach deszczu. Nie było mowy o rozbijaniu w najbliższym czasie namiotu, marzły nam ręce, z czasem przeciekały buty i inne elementy garderoby i bagażu. Niskie prędkości, ziąb i zalewające szybę błoto z deszczem uświadomiły nam, że nie tak wyglądają wakacje naszych marzeń. A drogi przed nami było jeszcze sporo…
Serbia
Wraz z wjazdem do Serbii zawitała w nasze pole obserwacji wstępna egzotyka. Pierwsza „prawdziwa” granica uświadomiła nam też, jak cudownym wynalazkiem jest strefa Schengen :) Oto zaczęły się Bałkany, legendarne, osławione, tajemnicze i na pewno piękne. Chcieliśmy ich doświadczyć, ale nie wiedzieliśmy do końca, czego się spodziewać.
Niedaleko granicy, skrzętnie uciekając przed rozświetlającą gdzieś niedaleko niebo burzą, odkryliśmy z rozczarowaniem, że kemping w miejscowości Palic, który znaleźliśmy w Internecie, chociaż istnieje, jest zupełnie zamknięty i to od paru ładnych lat! W ten duszny wieczór, otoczeni nieznanym klimatem i głośnym cykaniem świerszczy, zaczęliśmy szukać noclegu całkiem od zera. Szczęśliwie w podmiejskim mroku, w działającej jeszcze knajpie spotkaliśmy posiadacza pokoi do wynajęcia, który zaoferował nam nocleg. Po zaaranżowaniu pobytu, przyszedł czas na zasłużone chłodne piwo.
Trzeci poranek wyprawy spowity był w półmrok miarowo szatkowany srebrzystymi kroplami deszczu. W rytm tej ulewy można by było ustawiać metronom… Niezadowoleni, zaczęliśmy się pakować. Już po chwili przed nami rozpościerało się miasteczko Subotica, o którym naczytałam się, że jest wyjątkowo ładne i wysmakowane. Mieliśmy nadzieję zasiąść w jakiejś niewielkiej knajpce i posilić się lokalnym śniadaniem. Gdy tylko wjechaliśmy do miasta, poczuliśmy się nagle jak w jakimś niezwykłym mrowisku. Wszędzie ciasno, a my będąc w naszych przeciwdeszczowych kombinezonach i na tych obładowanych do granic możliwości motocyklach czuliśmy się totalnie osaczeni. Jechaliśmy wolno, z każdej strony spotykała nas nowa atrakcja, jakiś ruch, zmiana, nie do końca zgodna z panującymi w danym miejscu zasadami, włącznie z tym, że piesi i rowerzyści przekraczali jezdnie gdzie tylko chcieli, mijając się czasem na milimetry z nami czy innymi pojazdami.
Po kwadransie błądzenia po ciasnych, jednokierunkowych uliczkach w poszukiwaniu naszego upragnionego baru, zatrzymaliśmy się wreszcie w centrum, planując zaczerpnąć informacji od miejscowych. Kilka chwil na parkingu w pobliżu ruchliwego ronda uświadomiło nam, jak inaczej jeżdżą tu ludzie i jak bardzo innymi pojazdami. Sytuacje, które normalnie uznalibyśmy już za nadużycie, wymuszenie pierwszeństwa lub innego typu zagrożenie, tutaj obserwowaliśmy bez przerwy. Co dziwne, bardzo rzadko jednak dochodziło z tego powodu do jakichkolwiek problemów. Rzec można, że ten nieład niósł ze sobą pewien porządek, a ludzie nastawieni byli dużo bardziej na współpracę i ułatwianie sobie nawzajem manewrów niż na wzajemne przeszkadzanie. Jednocześnie cierpliwość nie należała do najmocniejszych stron tamtych kierowców ;) W całej Serbii mieliśmy zresztą tego samego typu wrażenie, zwłaszcza w miastach. Natomiast, co bardziej przyjemne, przed naszymi oczami stale przewijały się najróżniejsze kombinacje dwukołowe i najbardziej zapomniane konstrukcje o czterech kołach. Zastawy, staruteńkie skody czy tawrie, a także łady i inne prastare wynalazki, przywiodły mi na myśl wspomnienia z dzieciństwa. Wszędzie też jeździły motocykle i motorowery, poskładane z kilku innych, ledwo trzymające się w całości. Zapachy spalin z silników, jakich dawno już nie eksploatuje się w Polsce, tworzyły w powietrzu przedziwny klimat. Na szczęście ani razu nie zagapiliśmy się na stacjach benzynowych na tyle, by zatankować czerwoną benzynę ;)
Miałam szczęście, natknąwszy się na grupkę studentów filologii angielskiej, którym wytłumaczyłam, czego szukam. Na pytanie, gdzie można zjeść, wskazali... McDonalds. Bezowocnie szukaliśmy naszej wymarzonej, śniadaniowej kafejki – takich miejsc, jak to wyobrażone, według naszych informatorów w Serbii raczej się nie spotyka. Opuściliśmy więc prześliczną starówkę i już niedługo później można było zdjąć w końcu z siebie nieprzemakalne kombinezony. Wjechaliśmy na autostradę, którą pokonaliśmy resztę przewidzianej na tamten dzień trasy. To wygodne rozwiązanie łączy się z pewnymi kosztami – przejechanie autostradą ok. 4/5 tego kraju to dla jednego motocykla (lub samochodu) wydatek rzędu 30 Euro. Nocleg w motelu, których przy tej drodze jest całe mnóstwo, kosztuje podobnie dla 2 osób za noc.
Góry
Jakże zaskakujące było, gdy rano nie zastaliśmy na zewnątrz ani kropli deszczu! Za to temperatura była już iście bałkańska i w końcu świeciło bystre słońce. Przed nami ostatni etap trasy w Serbii – malownicza przeprawa przez góry.
Cóż można powiedzieć – monumentalne wypiętrzenia, wąskie przesmyki, górskie strumienie, wydrążone wewnątrz skał tunele i kombinacja najróżniejszej maści zakrętów to mieszanka owocująca szczytowym poczuciem motocyklowej frajdy! Wreszcie w normalnych warunkach pogodowych, poczuliśmy w końcu, po co się jeździ na takie wycieczki. W pewnej chwili odbiliśmy z trasy, dając wiarę tabliczce wskazującej nam klasztorny zabytek kawałek od głównej drogi. Przejechania tych kilkunastu kilometrów najpierw wiejskiej, a następnie wąziutkiej, górskiej drogi nie żałowaliśmy ani przez moment. Gdy w końcu dotarliśmy do celu, zostaliśmy urzeczeni i oczarowani. U podnóża gór, w kompletnej ciszy, stał niewzruszenie od sześciu wieków, przycupnięty na polanie monastyr, jakby schowanym przed burzliwą cywilizacją na tym wyjątkowo pięknym końcu świata. Podchodziliśmy do niego ostrożnie, czując się jak intruzi. Na spotkanie wyszedł nam długobrody mnich. Pokazał maleńką świątynię wypełnioną wspaniałymi malowidłami. Obdarowani maleńkimi obrazkami, ruszyliśmy w dalszą część szczęśliwej, zgodnie z życzeniami gospodarza, podróży.
Grecja
Niedługo później szczęśliwie odkrywamy, że na wyprawie motocyklowej wcale nie musi być zimno i padać :) Po pięciu dniach łapiemy na ciuchy i kaski najprawdziwsze śródziemnomorskie muchy, przelatując z szerokimi uśmiechami przez piękne, równe drogi oplatające greckie wybrzeże. Zadomawiamy się w królestwie jednośladów, krętych górskich tras i pysznych owoców morza – postanawiamy spenetrować Półwysep Chalcydycki, gdzie czeka nas bogata baza turystyczna i typowe plażowe atrakcje.
Postanawiamy pokręcić się po kwaterach i kempingach, poznając kilka urokliwych miejscowości. Grecy są mili, świetnie przygotowani na wizyty gości i w większości dobrze mówią po niemiecku, choć rzadziej w języku language. Wybierając lokum, właściwie nie trzeba się martwić – ci starzy wyjadacze zapewniają turystom wszelkie wygody na wysokim poziomie. Mamy ogromne szczęście, bo jesteśmy tu na tydzień przed sezonem. Za atrakcje przygotowane dla zamożnych letników płacimy zaledwie połowę. Pobyt kosztuje tyle, co w odwiedzanej przejazdem Serbii, natomiast zaplecze jest nieporównywalnie lepsze. Spokojnie da się wynająć 2-3-osobowe, przestronne studio z widokiem na niedaleką plażę za 30 Euro za noc. Serbskie noclegi kosztowały podobnie, ale pokoje i łazienki były w stanie znacznie gorszym. Nie ma też póki co tłoku na plażach ani deptakach. Brak hałaśliwych grup turystów, tylko spokój i relaks.
Baza i uroki półwyspu
Generalnie o nocleg nie jest tu trudno, ale zdecydowanie częściej występują tu kwatery niż kempingi i pola namiotowe. Na zachód od Kavali można polecić kemping Achilles w Asprovalcie, gdzie przemiła pani udostępnia miejsca pod namioty i przyczepy lub wozy kempingowe, a w sezonie także wynajmuje samodzielne wille na terenie wysokiego wzgórza tuż nad morzem. Spodobał nam się podział kempingu na uliczki, w których żywopłotem i inną roślinnością oddzielane są od siebie osobne, przestronne poletka na rozbicie obozu. Kemping posiada własną restaurację i duży basen, ale atrakcje te czynne są tylko w sezonie. Natomiast poza ścisłym okresem wakacyjnym działają bez zarzutu wszelkie inne elementy infrastruktury – jest pełen dostęp do sanitariatów, nie brakuje ciepłej wody. Poza terenem, po przeciwnej stronie drogi, mieści się zaś typowa grecka knajpa, gdzie można stale zjeść świeże ryby i inne stworzenia morskie, popatrzeć na fale i zaczerpnąć miejscowego klimatu. Do najbliższego miasta są 3-4 km, a do sklepu ok. 1,5. Koszt pobytu na kempingach 2 osób, 2 motocykli i namiotu to w tym rejonie w maju koszt ok. 15-20 Euro za dobę.
Fajne wrażenie zrobiły na nas miasteczka najbardziej wysuniętego na zachód odnóża półwyspu – Nea Potidea i Nea Fokea. W tych okolicach widzieliśmy też chyba najpiękniejsze jak dotąd plaże z fantastycznie błękitną wodą. Za to na zwiedzanie kompleksu monastyrów na końcu półwyspu Athos radzę przeznaczyć sporo czasu, gdyż oglądanie tych zabytków odbywa się w ciągu kilku godzin z pokładu statków, które płyną około 200-300 m od linii brzegowej. Pojazdy zwykle zostawia się ok. 2 km od przystani i drogę tę przechodzi pieszo. Następnie wsiada się na statek i rozpoczyna rejs. Do obejrzenia są tereny u stóp świętej góry, gdzie turyści nie mają wstępu i które mogą oglądać tylko z oddali. Zabytkowe zabudowania zamieszkują prawosławni mnisi, którzy prowadzą tu tradycyjne życie klasztorne. Gdyby nawet zwiedzanie było możliwe, do monastyrów nie mają prawa wstępu kobiety.
Chalcydyckie tereny pełne są zabytków i wykopalisk. Celowo nie ciągnęliśmy w obszary największych turystycznych atrakcji, ale gdzieniegdzie udawało nam się wypatrzeć starożytne ruiny lub zabytkowe budowle. W wibrującym od upału powietrzu stale czuć było odurzające wonie przeróżnych kwiatów, a w kilku miejscach spotkaliśmy się z rozbitymi na dziko namiotami, zwykle w pobliżu malowniczej laguny. Plaże raczej piaszczyste, gdzieniegdzie z kamieniami, zazwyczaj czyste, choć dotyczyło to w mniejszym stopniu terenów poza typową infrastrukturą turystyczną, gdzie zobaczyć można było niestety śmieci i inne ślady nocnej aktywności odwiedzających je osób. Natomiast droga, która prowadzi do szczytu półwyspu Athos, to prawdziwa gratka dla motomaniaków! Bardzo kręta, o dobrej, poszerzonej na zakrętach nawierzchni, zapewnia w jedną tylko stronę 70-kilometrową trasę pełną najpyszniejszych motocyklowych emocji. Wszędzie też spotykamy lokalnych motonitów, którzy machają nam relaksacyjnie, podróżując bez najmniejszego kawałka odzieży ochronnej, w znakomitej większości nie pamiętając też o używaniu kasku…
Powrót
Wakacyjna atmosfera udziela nam się na tyle, że nie bardzo mamy ochotę wracać do domu. Ostatecznie wyruszamy w trasę przez Macedonię i choć niewiele wiedzieliśmy na temat tego państwa, decyzji ani przez chwilę nie żałujemy. Ten malutki, gorący kraj to wspaniała mikstura górskich krajobrazów, przeplatanych z rozległymi łąkami i wzgórzami, co raz przecinanymi przez rzeki lub błyszczące tafle jezior. W tych uroczych zakątkach pełno jest maleńkich domków i uroczych gospodarstw, a wioseczki wydają się dziełem jakiegoś wyczulonego na subtelności krajobrazu architekta, ułożonymi z dziecięcych domków-zabawek. Te przelotnie obserwowane z trasy obszary zapadły mi w pamięć jako zjawiskowe, słodkie i przytulne. Aż szkoda, że byliśmy tam tak krótko. Może uda się w przyszłości znowu ruszyć w taką trasę, tym razem do Macedonii.

Zadaj pytanie autorowi artykułu